Kibicowanie piłkarskiej drużynie jest trochę absurdalne. Człowiek przez cały tydzień czeka na mecz, żeby później przez dziewięćdziesiąt minut denerwować się na ludzi, których osobiście nie zna. Narzeka na trenera, nie rozumie decyzji sędziego, łapie się za głowę po kolejnej zmarnowanej sytuacji. Po porażce obiecuje sobie, że następnym razem nie będzie się tak przejmował. Tydzień później historia się powtarza.
Co ciekawe, wcale nie trzeba kibicować Realowi Madryt, Barcelonie czy Manchesterowi United, żeby przeżywać futbol w ten sposób. W Polsce są ludzie, którzy od kilkudziesięciu lat chodzą na mecze lokalnych klubów, choć ich drużyny nie zdobywają trofeów, grają na niewielkich stadionach i czasem mają problem z wygraniem trzech spotkań z rzędu. A jednak w każdą sobotę pojawiają się na trybunach.
Z boku może to wyglądać na stratę czasu. Z perspektywy kibica sprawa jest dużo bardziej skomplikowana. Klub z czasem staje się częścią jego życia, a wyniki meczów zaczynają wpływać na nastrój, rozmowy ze znajomymi, a nawet wspomnienia z poszczególnych okresów.
Skąd bierze się takie przywiązanie? Dlaczego porażka potrafi zepsuć nam humor, choć sami nie zagraliśmy ani minuty? I co sprawia, że futbol przyciąga ludzi niezależnie od wieku, miejsca zamieszkania czy zasobności portfela?
Kibicem często zostaje się przez przypadek
Trudno wskazać jeden moment, w którym człowiek zaczyna naprawdę interesować się piłką. U jednych wszystko zaczyna się od kopania piłki na podwórku. U innych od meczu obejrzanego z ojcem, starszym bratem albo kolegami. Czasami wystarczy jeden piłkarz, który zrobi coś niesamowitego, żeby dziecko przez następne lata próbowało naśladować jego zagrania.
W futbolu dużą rolę odgrywa jego prostota. Żeby zagrać, nie potrzebujemy profesjonalnego boiska ani drogiego wyposażenia. Dwie bluzy mogą wyznaczać bramkę, nierówny kawałek trawy zastępuje murawę, a zasady ustala się przed pierwszym kopnięciem piłki. Nawet jeśli jedna drużyna ma sześciu zawodników, a druga pięciu, mecz i tak się odbędzie.
W takich warunkach wychowywały się pokolenia kibiców. Ktoś, kto jako dzieciak spędzał całe popołudnia na osiedlowym boisku, z czasem może przestać regularnie grać. Zainteresowanie futbolem często jednak zostaje.
Później dochodzi kibicowanie konkretnemu klubowi. Tutaj wybór nie zawsze bywa logiczny.
Można zakochać się w drużynie, bo akurat grał w niej ulubiony zawodnik. Można przejąć klubowe barwy po rodzicach. Można też po prostu mieszkać niedaleko stadionu i od najmłodszych lat słuchać rozmów o ostatnim meczu.
W efekcie człowiek przywiązuje się do zespołu, którego początkowo wcale świadomie nie wybierał.
I pozostaje mu wierny, nawet gdy drużyna przez lata dostarcza więcej powodów do narzekania niż do świętowania.
Dlaczego tak trudno zmienić ulubiony klub?
Gdy restauracja zaczyna podawać kiepskie jedzenie, szukamy innej. Kiedy telefon przestaje spełniać oczekiwania, wymieniamy go na nowy. Z piłkarskim klubem jest inaczej.
Wyobraźmy sobie kibica, którego drużyna właśnie spadła z ligi. Zawodnicy zawodzą, zarząd podejmuje niezrozumiałe decyzje, a perspektywa szybkiego powrotu do wyższej klasy rozgrywkowej wygląda mizernie. Z czysto praktycznego punktu widzenia rozsądnie byłoby zacząć kibicować komuś, kto regularnie wygrywa.
Tyle że większość mocno związanych z klubem fanów nawet nie bierze takiego rozwiązania pod uwagę.
Psychologowie sportu od dawna badają to przywiązanie. Jednym z najważniejszych pojęć jest identyfikacja z drużyną, czyli sytuacja, w której klub staje się częścią naszego obrazu samych siebie.
Dobrze widać to w języku kibiców. Po zwycięstwie rzadko słyszymy: „Moja ulubiona drużyna zdobyła trzy punkty”. Zdecydowanie częściej pada krótkie: „Wygraliśmy”.
Kibic, który spędził całe spotkanie na kanapie, mówi o wyniku tak, jakby sam wybiegł na boisko.
Nie jest to przypadkowa maniera językowa. Badacze opisują zjawisko określane jako basking in reflected glory, polegające na czerpaniu satysfakcji z sukcesu grupy, z którą się utożsamiamy. Zwycięstwo drużyny może dawać fanowi poczucie osobistej dumy, nawet jeśli jego wpływ na wynik był żaden.
Z porażkami bywa trudniej. Niektórzy kibice próbują na chwilę zdystansować się od przegrywającego zespołu, inni jeszcze mocniej podkreślają swoje przywiązanie. W obu przypadkach widać, że chodzi o coś więcej niż ocenę dziewięćdziesięciu minut gry.
Zresztą wystarczy posłuchać rozmów fanów po nieudanym sezonie. Potrafią godzinami przekonywać, że klub jest źle zarządzany, trener nie ma pomysłu, a połowa piłkarzy powinna odejść. Potem przychodzi pierwszy mecz kolejnych rozgrywek i znowu pojawiają się nadzieje.
Stadion to osobny świat
Mecz oglądany w telewizji i ten sam mecz oglądany z trybun to dwa różne doświadczenia.
Przed telewizorem można spokojnie analizować powtórki, sprawdzić statystyki albo posłuchać komentarza ekspertów. Na stadionie wiele rzeczy dzieje się jednocześnie. Ktoś za plecami głośno krytykuje sędziego, kilka rzędów dalej rozpoczyna się przyśpiewka, a kiedy napastnik wychodzi sam na sam z bramkarzem, tysiące ludzi podnoszą się z miejsc.
W chwili zdobycia bramki ludzie potrafią świętować z kompletnie obcymi osobami. Przybijają sobie piątki, obejmują się, krzyczą. Chwilę później każdy wraca na swoje miejsce, jakby nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło.
Właśnie takie momenty pomagają zrozumieć społeczną stronę futbolu.
Psycholog Daniel Wann, zajmujący się badaniem kibiców sportowych, zwracał uwagę, że silne przywiązanie do lokalnej drużyny może sprzyjać budowaniu relacji społecznych. W opracowanym przez niego modelu ważną rolę odgrywają zarówno trwałe znajomości, jak i krótkotrwałe kontakty powstające przy okazji wspólnego kibicowania.
To łatwo zauważyć również poza stadionem. Ludzie poznają się podczas wyjazdów na mecze, organizują wspólne oglądanie spotkań, spotykają się przed stadionem albo rozmawiają o klubie przez internet. Czasami piłka jest jedyną rzeczą, która ich łączy, ale wystarcza, żeby utrzymywać znajomość przez lata.
Oczywiście nie każdy kibic potrzebuje takiej wspólnoty. Niektórzy wolą oglądać mecze samotnie i nie angażują się w życie kibicowskie. Dla innych jednak grupa ludzi zgromadzonych wokół klubu staje się ważnym elementem codzienności.
Szczególnie dobrze widać to w mniejszych miejscowościach, gdzie stadion jest jednym z miejsc regularnych spotkań mieszkańców. Mecz trwa półtorej godziny, ale rozmowy przed nim i po nim często zajmują znacznie więcej czasu.
Piłka jest piękna również dlatego, że bywa niesprawiedliwa
Gdyby zawsze wygrywała drużyna z lepszymi zawodnikami, futbol szybko stałby się nudny.
Wyobraźmy sobie spotkanie, w którym jeden zespół przez większość czasu utrzymuje się przy piłce, oddaje kilkanaście strzałów i praktycznie nie wypuszcza przeciwnika z jego połowy. Drugi przez osiemdziesiąt minut głównie się broni, a potem zdobywa bramkę po rzucie rożnym.
Kibice przegranych mówią o niesprawiedliwości. Zwycięzcy przypominają, że liczy się to, co wpadło do siatki. Obie strony mają o czym dyskutować przez następne kilka dni.
W piłce nożnej pojedyncze zdarzenia mają wyjątkowo duże znaczenie. Goli pada stosunkowo mało, dlatego jeden rzut karny, błąd bramkarza albo przypadkowe odbicie piłki mogą rozstrzygnąć całe spotkanie.
Nawet wyraźna przewaga nie daje pewności wygranej.
Z tego powodu futbol potrafi trzymać w napięciu do ostatnich sekund. Drużyna prowadząca 1:0 wcale nie musi czuć się bezpiecznie. Jeden stały fragment gry może zniweczyć wysiłek całego wieczoru.
Nieprzewidywalność jest szczególnie widoczna w rozgrywkach pucharowych, gdzie teoretycznie słabsze zespoły dostają szansę zmierzenia się z przeciwnikami dysponującymi znacznie większymi budżetami. Dla zawodników małego klubu takie spotkanie bywa wydarzeniem sezonu. Dla faworyta — kolejnym obowiązkiem w kalendarzu. Taka różnica w podejściu potrafi mieć znaczenie.
I nawet kiedy sensacja się nie wydarzy, sama możliwość jej zobaczenia sprawia, że warto włączyć mecz.
Kibicowanie potrafi naprawdę stresować
Zdarza się, że człowiek oglądający mecz jest bardziej zdenerwowany niż podczas własnych codziennych problemów. Nerwowo chodzi po pokoju, nie potrafi usiedzieć na miejscu, a przed rzutem karnym odwraca wzrok od telewizora.
Takie reakcje są interesujące także dla naukowców.
W badaniu opublikowanym w 2020 roku w czasopiśmie Stress and Health analizowano reakcje 41 osób oglądających mecze reprezentacji Brazylii podczas mundialu w 2014 roku. Naukowcy mierzyli między innymi poziom kortyzolu w ślinie, który jest jednym ze wskaźników reakcji organizmu na stres.
Badanie objęło również słynną porażkę Brazylii z Niemcami 1:7.
Okazało się, że szczególnie silne poczucie jedności z drużyną wiązało się z intensywniejszą reakcją fizjologiczną, a oglądanie porażki było związane z wyższym poziomem kortyzolu.
Próba była niewielka, więc nie należy przekładać tych wyników na wszystkich kibiców. Dają jednak ciekawy wgląd w mechanizm dobrze znany fanom piłki: wynik sportowy może wywoływać rzeczywistą reakcję stresową, mimo że oglądający nie uczestniczy w grze.
Pamiętajmy też, że dla mocno zaangażowanego kibica mecz nie zaczyna się wraz z pierwszym gwizdkiem. Napięcie narasta już wcześniej. Pojawiają się przewidywania, dyskusje o składzie, obawy związane z kontuzjami i wspomnienia poprzednich spotkań.
Po wszystkim trudno natychmiast wrócić do normalnego rytmu. Szczególnie kiedy o wyniku decyduje gol stracony w doliczonym czasie gry.
Mecze, które zostają z nami na całe życie
Każdy kibic ma własną listę spotkań, których nie zapomni. Nie muszą to być finały wielkich turniejów. Czasami najważniejszy okazuje się mecz lokalnego klubu, pierwszy wyjazd z ojcem na stadion albo zwycięstwo oglądane wspólnie z przyjaciółmi.
W takich wspomnieniach wynik jest tylko jednym z elementów.
Starsze pokolenia polskich kibiców do dziś wracają do remisu z Anglią na Wembley w 1973 roku, mundialu w RFN rok później czy występów reprezentacji prowadzonej przez Antoniego Piechniczka w 1982 roku. Młodsi mają swoje punkty odniesienia: Euro 2016, ważne spotkania polskich klubów w europejskich pucharach albo pierwszy mecz reprezentacji obejrzany na żywo.
Wspomnienia często nabierają dodatkowego znaczenia dopiero po latach.
Dobrym przykładem jest spotkanie Polski z Węgrami rozegrane 27 sierpnia 1939 roku w Warszawie. Węgrzy, ówcześni wicemistrzowie świata, prowadzili już 2:0. Polacy odrobili jednak straty i ostatecznie wygrali 4:2, a Ernest Wilimowski strzelił trzy gole.
Dla kibiców obecnych na stadionie był to wielki sukces. Zwycięstwo nad tak silnym przeciwnikiem mogło dawać nadzieję na kolejne dobre występy reprezentacji. Planowano przecież następne spotkania.
Pięć dni później wybuchła II wojna światowa.
Mecz z Węgrami okazał się ostatnim występem polskiej reprezentacji przed wojną. Dziś patrzymy na tamto wydarzenie zupełnie inaczej niż ludzie, którzy 27 sierpnia cieszyli się na trybunach z sensacyjnego zwycięstwa.
To wyjątkowy przykład, ale dobrze pokazuje, jak futbol splata się z historią. Mecze stają się częścią opowieści o konkretnych czasach, miejscach i ludziach. Z biegiem lat ich znaczenie potrafi się zmieniać.
Podobny mechanizm działa w rodzinach kibiców. Dziadek opowiada wnukowi o zawodniku, którego ten nigdy nie widział. Ojciec pokazuje synowi stare zdjęcia ze stadionu. Ktoś przechowuje bilet z meczu sprzed trzydziestu lat, choć sam papier dawno już stracił kolor.
Dla osoby z zewnątrz to zwykłe pamiątki. Dla właściciela — kawałek własnej historii.
Futbol z małego boiska bywa ważniejszy niż Liga Mistrzów
Wielkie kluby przyciągają miliony widzów, ale piłka nożna nie kończy się na zawodowych rozgrywkach. Dla wielu ludzi najważniejsza drużyna na świecie gra w czwartej albo piątej lidze.
Jej stadion może mieć jedną niewielką trybunę, szatnię pamiętającą poprzednią epokę i murawę, która po większych opadach wygląda raczej jak pole do uprawy ziemniaków. Zawodnicy na co dzień pracują, studiują albo prowadzą własne firmy. Na treningi przychodzą wieczorami.
Mimo to w weekend ktoś przychodzi ich oglądać.
Lokalny klub często pełni funkcję, której nie da się zastąpić transmisją największych rozgrywek. Jest blisko ludzi. Na boisku grają znajomi, sąsiedzi albo dzieci znajomych. Po meczu można spotkać zawodnika pod sklepem i zapytać, dlaczego nie wykorzystał świetnej okazji.
Dla dzieci takie drużyny bywają pierwszym kontaktem z prawdziwym stadionem. Zamiast oglądać gwiazdy na ekranie, widzą piłkarzy kilka metrów od siebie. Mogą podać im piłkę, porozmawiać po spotkaniu albo wyobrażać sobie, że kiedyś sami zagrają przed tą publicznością.
To jeden z powodów, dla których futbol jest tak silnie zakorzeniony w codziennym życiu. Nie trzeba mieszkać w wielkim mieście ani mieć pieniędzy na zagraniczne wyjazdy, żeby uczestniczyć w piłkarskiej społeczności.
Nie wszystko w kibicowaniu jest romantyczne
W opowieściach o futbolu łatwo popaść w przesadny zachwyt. Tymczasem ten sport ma również problemy, których nie warto ignorować.
Kibicowska lojalność potrafi przerodzić się we wrogość wobec innych. Rywalizacja między klubami bywa pretekstem do agresji, a obraźliwe zachowania, rasizm i groźby wobec zawodników nadal pojawiają się zarówno na stadionach, jak i w internecie.
Do tego dochodzi komercjalizacja. Rosnące ceny biletów, drogie oficjalne koszulki, kolejne pakiety transmisyjne i coraz bardziej rozbudowane kalendarze rozgrywek zmieniają sposób uczestniczenia w futbolu. Dla części kibiców śledzenie ulubionej drużyny staje się zwyczajnie kosztowne.
Nie wszystkim podoba się również kierunek, w którym zmierzają największe kluby. Właściciele, sponsorzy i telewizje mają coraz większy wpływ na profesjonalną piłkę, a interesy finansowe nie zawsze pokrywają się z oczekiwaniami fanów.
Warto o tym pamiętać, bo przywiązanie do drużyny nie musi oznaczać bezwarunkowego akceptowania wszystkiego, co dzieje się wokół niej.
Można kochać futbol i jednocześnie krytykować jego najbardziej niepokojące zjawiska. Można przeżywać derby bez nienawiści do rywali. Można być wiernym klubowi, nie zgadzając się z decyzjami jego władz.
Takie podejście wcale nie czyni nikogo gorszym kibicem.
Dlaczego wciąż wracamy na mecze?
Gdy przyjrzymy się wszystkim tym historiom, trudno wskazać jeden powód, dla którego piłka nożna jest tak ważna dla ludzi.
Jednego przyciąga rywalizacja i nieprzewidywalność wyniku. Drugi ceni spotkania ze znajomymi na stadionie. Ktoś inny interesuje się taktyką, statystykami i sposobem, w jaki trenerzy organizują grę. Są też ludzie, dla których futbol pozostaje przede wszystkim wspomnieniem dzieciństwa i więzią z miejscem, w którym dorastali.
Te motywacje często się mieszają. Kibic może jednocześnie narzekać na poziom ligi, krytykować piłkarzy i uważać, że współczesny futbol jest zbyt mocno nastawiony na pieniądze. Wcale nie przeszkadza mu to sprawdzać terminarza, śledzić transferów i planować kolejnego wyjazdu.
Najbardziej niezwykła w tym wszystkim jest chyba trwałość takich przywiązań. Zawodnicy odchodzą, trenerzy się zmieniają, stadiony przechodzą remonty, a klubowe herby i nazwy bywają modyfikowane. Kibice pamiętają jednak znacznie więcej niż aktualny skład drużyny.
Pamiętają mecze, na których byli z bliskimi. Zawodników, których podziwiali jako dzieci. Bramki zdobyte w ostatnich sekundach i porażki, po których trudno było zasnąć.
Dlatego w futbolu nie zawsze chodzi o to, żeby oglądać najlepszą drużynę. Często chodzi po prostu o oglądanie swojej drużyny.
W sobotę znowu ktoś pójdzie na niewielki stadion, kupi bilet i zajmie miejsce, na którym siedzi od lat. Być może zobaczy słaby mecz, kilka niecelnych podań i kolejną porażkę. Po spotkaniu ponarzeka ze znajomymi, a w drodze do domu zacznie rozmawiać o następnym przeciwniku.
Trudno znaleźć lepszy przykład tego, jak silne potrafi być przywiązanie do piłki nożnej.