Wyobraźmy sobie, że współczesny piłkarz trafia na boisko w 1926 roku. Dostaje skórzane buty sięgające ponad kostkę, piłkę, która po deszczu potrafi nasiąknąć wodą, i koszulkę przypominającą bardziej codzienne ubranie sportowe niż dzisiejszy ultralekki strój. Murawa jest nierówna, miejscami rozkopana, a trener nie może wprowadzić rezerwowego, kiedy któryś z zawodników skręci kostkę.
Na trybunach stoją kibice w płaszczach i kapeluszach. Nie ma telebimów, VAR-u ani powtórek. Jeśli sędzia popełni błąd, pozostaje pogodzić się z jego decyzją albo przez następny tydzień kłócić się o nią w pracy.
A sam futbol? Na pierwszy rzut oka zaskakująco znajomy. Dwie drużyny, jedenaście osób po każdej stronie, bramki, rzuty rożne i spalony. Tyle że sposób gry mógłby zdziwić nawet kogoś, kto regularnie ogląda najważniejsze europejskie ligi.
Sto lat temu piłka nożna była już niezwykle popularnym sportem. Wielkie kluby miały oddanych kibiców, zawodnicy otrzymywali wynagrodzenia, a stadiony potrafiły wypełniać się tłumami. Nie był to jednak futbol w znanej nam dziś postaci. Właśnie w latach 20. zachodziły zmiany, które zadecydowały o jego dalszym rozwoju.
Buty, w których dzisiejszy skrzydłowy nie chciałby biegać
Zacznijmy od czegoś, co współczesny piłkarz zauważyłby jeszcze przed pierwszym gwizdkiem.
Dzisiejsze korki projektuje się tak, żeby były lekkie, elastyczne i zapewniały dobre czucie piłki. Niektóre modele ważą mniej niż 200 gramów. Sto lat temu wyglądało to zupełnie inaczej.
W kolekcji Leicester City zachowała się para butów, które prawdopodobnie należały do Adama Blacka, obrońcy występującego w klubie w latach 1920–1935. To znakomity przykład ówczesnego sprzętu. W klubowym opracowaniu podano, że każdy but ważył mniej więcej tyle, co kilogramowa torba cukru.
Miały mocne skórzane cholewki, dodatkowe wzmocnienia w okolicy kostek i twarde noski. Korki wykonywano z materiałów takich jak korek czy skóra i mocowano do podeszwy. Całość wyglądała solidnie, ale trudno wyobrazić sobie współczesnego zawodnika, który dobrowolnie zamieniłby na takie obuwie swoje lekkie korki.
Oczywiście sprzęt różnił się między krajami i producentami. W cieplejszych regionach, szczególnie w Ameryce Południowej, rozwijały się lżejsze konstrukcje. Jednak w europejskim futbolu ciężkie skórzane buty pozostawały powszechne jeszcze przez wiele lat.
A przecież warunki na boiskach często były dalekie od idealnych.
Drenaż i pielęgnacja murawy nie osiągnęły jeszcze dzisiejszego poziomu. Po intensywnym deszczu zawodnicy potrafili walczyć z błotem równie mocno jak z przeciwnikiem. W zimniejszych miesiącach twarda, nierówna nawierzchnia dodatkowo utrudniała kontrolowanie piłki.
Nie znaczy to, że dawni piłkarze byli mniej utalentowani. Grali po prostu w innych warunkach, które wymagały dostosowania techniki.
A co z piłką? Czy naprawdę była cięższa?
W rozmowach o dawnym futbolu często pojawia się historia o skórzanych piłkach ważących niemal tyle, co kamień. Zwykle towarzyszy jej przekonanie, że piłkarze sprzed stu lat musieli mieć wyjątkowo twarde głowy, skoro regularnie uderzali je czołem.
Jest w tym trochę prawdy, ale warto oddzielić fakty od przesady.
Piłki w latach 20. wykonywano ze skóry, a część modeli miała charakterystyczne sznurowanie zamykające otwór, przez który umieszczano wewnętrzną dętkę. Problemem nie była wyłącznie masa suchej piłki. Skóra mogła chłonąć wodę, przez co podczas deszczu futbolówka stawała się cięższa i mniej przewidywalna.
To szczególnie istotne przy grze głową. Mokra piłka, uderzona z dużą siłą, mogła być bardzo nieprzyjemna. Trudniej było też kontrolować jej lot, zwłaszcza gdy nawierzchnia i sprzęt pozostawiały sporo do życzenia.
Nie należy jednak wyobrażać sobie, że każde zagranie przypominało kopnięcie kamienia. Ówcześni zawodnicy potrafili znakomicie dryblować, podawać i strzelać. Wystarczy obejrzeć dostępne materiały filmowe z międzywojnia, żeby zobaczyć, że technika nie zaczęła się dopiero w epoce Pelégo czy Maradony.
Różnica polegała na tym, że zawodnik musiał radzić sobie ze sprzętem dającym znacznie mniejszą przewidywalność niż współczesna futbolówka.
Pięciu napastników? Tak kiedyś ustawiano drużyny
Jeśli dzisiaj trener wystawia trzech środkowych obrońców i dwóch wahadłowych, kibice potrafią przez cały mecz analizować jego pomysł. Sto lat temu dużą popularnością cieszyły się ustawienia, które z perspektywy współczesnego futbolu wyglądałyby dość odważnie.
Jednym z najbardziej charakterystycznych było 2-3-5.
Drużyna miała dwóch zawodników określanych jako obrońcy, trzech graczy w drugiej linii i aż pięciu piłkarzy tworzących formację ataku. Na papierze przypominało to ustawienie stworzone wyłącznie po to, żeby zdobywać bramki.
W rzeczywistości role zawodników były bardziej złożone. Gracze środka pola pomagali w defensywie, a napastnicy wykonywali różne zadania zależnie od sytuacji. Nie da się więc uczciwie porównać dawnego 2-3-5 ze współczesnymi formacjami, licząc tylko liczbę osób przypisanych do poszczególnych linii.
Mimo to różnica w podejściu do gry była wyraźna. Ówczesny futbol często opierał się na bezpośredniej rywalizacji, pojedynkach i wykorzystywaniu przestrzeni. Taktyka nie była jeszcze opisywana tak szczegółowo jak dzisiaj, ale błędem byłoby twierdzenie, że trenerzy nie mieli pomysłu na grę.
Właśnie w latach 20. zaczęła nabierać tempa jedna z najważniejszych przemian taktycznych w historii piłki. Duży udział miał w niej pewien trener Arsenalu.
Przepis, który zmienił futbol: rewolucja spalonego z 1925 roku
Wyobraźmy sobie, że od jutra FIFA wprowadza zmianę, która zupełnie inaczej wyznacza moment spalonego. Trenerzy muszą przebudować linię obrony, napastnicy zaczynają szukać innych sposobów wychodzenia na pozycję, a komentatorzy potrzebują czasu, żeby przyzwyczaić się do nowych sytuacji.
Coś podobnego wydarzyło się w 1925 roku. Przed zmianą przepisów zawodnik atakujący musiał mieć przed sobą co najmniej trzech przeciwników, żeby znajdować się na pozycji uprawniającej do udziału w akcji. W praktyce zwykle oznaczało to bramkarza i dwóch obrońców.
Od 1925 roku wystarczyło dwóch przeciwników. Na pierwszy rzut oka to drobna korekta. Jej znaczenie było jednak ogromne. Napastnicy otrzymali więcej swobody, a dawny sposób ustawiania defensywy przestał zapewniać taką samą ochronę.
Trenerzy musieli znaleźć odpowiedź. Jedną z najważniejszych postaci tego okresu był Herbert Chapman, który w 1925 roku objął Arsenal. Z jego pracą wiąże się rozwój ustawienia znanego jako WM, zapisywanego również jako 3-2-2-3.
Istotną zmianą było głębsze ustawienie jednego z zawodników, tworzącego z tyłu trójkę obrońców. Pomagało to zabezpieczyć przestrzeń przed bramką, a jednocześnie pozwalało wykorzystywać szybkie ataki.
Chapman nie działał w próżni, a ewolucja taktyki nie była dziełem jednego człowieka. Potrafił jednak znakomicie rozwijać rozwiązania, które odpowiadały na zmieniającą się grę.
Arsenal pod jego kierownictwem stał się jednym z najbardziej wpływowych klubów swojej epoki.
Warto przy tym pamiętać, że Chapman pracował bez komputerowych analiz, map podań i nagrań dostępnych z każdego możliwego kąta. Musiał opierać się przede wszystkim na obserwacji, rozmowach i własnym rozumieniu gry.
Dzisiejsi analitycy dysponują nieporównywalnie większym zestawem narzędzi, ale pytania, które próbują rozwiązać, często pozostają podobne: jak ograniczyć przestrzeń rywalowi, gdzie znaleźć przewagę i jak wykorzystać słabości przeciwnika?
Kontuzja? Trudno, drużyna gra dalej
Współczesny trener może wprowadzić rezerwowego, gdy zawodnik opada z sił, ma słabszy dzień albo dozna urazu. Czasami jedna zmiana całkowicie odmienia przebieg meczu.
Sto lat temu podobnego komfortu zwykle nie było. W oficjalnych rozgrywkach obowiązywały znacznie bardziej restrykcyjne zasady dotyczące zastępowania zawodników. W wielu najważniejszych meczach po rozpoczęciu spotkania nie można było po prostu zdjąć jednego piłkarza i wpuścić kolejnego.
Kontuzjowany zawodnik miał więc ograniczony wybór. Jeśli był w stanie kontynuować grę, często próbował to robić. W przeciwnym razie drużyna musiała sobie radzić w osłabieniu.
Dzisiaj trudno wyobrazić sobie finał wielkiego turnieju bez ławki rezerwowych, na której siedzą zawodnicy gotowi wejść na boisko. Tymczasem na mistrzostwach świata zmiany wprowadzono dopiero w 1970 roku. Wówczas każda drużyna mogła dokonać dwóch zmian w trakcie spotkania.
To pokazuje, jak bardzo zmieniła się rola trenera podczas meczu. W latach 20. szkoleniowiec musiał w znacznie większym stopniu polegać na składzie wybranym przed rozpoczęciem gry. Nie mógł reagować na wydarzenia za pomocą serii zmian personalnych. Jego wpływ na boiskową sytuację był przez to znacznie bardziej ograniczony.
Nie było też dzisiejszych elektronicznych systemów pomiarowych, szerokich sztabów analitycznych ani rozbudowanych procedur medycznych. Przygotowanie zespołu wyglądało inaczej, a możliwości monitorowania obciążeń były dużo skromniejsze.
Jednocześnie nie można powiedzieć, że w tamtych czasach nikt nie dbał o kondycję zawodników. Profesjonalne kluby rozwijały metody treningowe, a trenerzy coraz bardziej świadomie podchodzili do przygotowania fizycznego. Po prostu dysponowali zupełnie inną wiedzą i narzędziami.
Polski futbol dopiero budował swoje rozgrywki
Lata 20. były dla polskiej piłki okresem wyjątkowym. Państwo niedawno odzyskało niepodległość, a zorganizowany sport musiał rozwijać struktury na poziomie ogólnokrajowym.
Polski Związek Piłki Nożnej powstał w grudniu 1919 roku. Pierwsze ukończone mistrzostwa Polski rozegrano w 1921 roku, a zwyciężyła w nich Cracovia.
W tym samym roku nasza reprezentacja wystąpiła po raz pierwszy w oficjalnym spotkaniu międzypaństwowym. 18 grudnia Polacy zagrali w Budapeszcie z Węgrami i przegrali 0:1.
Z dzisiejszej perspektywy trudno uznać taki wynik za szczególny sukces. Wówczas wyglądało to inaczej. Węgrzy mieli znacznie większe doświadczenie międzynarodowe, a polska drużyna dopiero rozpoczynała swoją historię.
Największe zmiany organizacyjne miały dopiero nadejść. W 1927 roku rozpoczęły się rozgrywki ligowe, choć ich powstanie nie przebiegło spokojnie. Część klubów dążyła do stworzenia regularnej ligi, podczas gdy PZPN początkowo sprzeciwiał się temu rozwiązaniu.
Doszło nawet do rozłamu. Czternaście klubów utworzyło ligę, a jednym z najbardziej znanych przeciwników nowego systemu była Cracovia. Spór pokazuje, że kłótnie o organizację polskiej piłki mają historię niemal tak długą jak same rozgrywki.
Pierwszy mecz ligowy odbył się 2 kwietnia 1927 roku. Warszawianka pokonała wtedy Legię Warszawa 4:1. Premierowy sezon wygrała Wisła Kraków.
To był ważny etap w rozwoju krajowego futbolu.
Zamiast rywalizacji prowadzonej głównie w dotychczasowym systemie mistrzostw opartym na rozgrywkach regionalnych, kluby zaczęły regularnie mierzyć się w ogólnopolskiej lidze.
Dla kibiców oznaczało to więcej spotkań z rywalami z innych miast. Dla zawodników – nowe wyzwania organizacyjne i sportowe.
A dla polskiej piłki początek rozgrywek, które po wielu zmianach przetrwały do dzisiaj.
Kobiety grały przed ogromnymi tłumami. Potem odebrano im stadiony
Historia futbolu sprzed stu lat kryje także opowieść, o której przez długi czas mówiło się znacznie mniej niż o sukcesach męskich drużyn.
Na początku lat 20. kobieca piłka nożna cieszyła się w Anglii dużym zainteresowaniem. Jednym z najbardziej znanych zespołów były Dick, Kerr Ladies, drużyna powstała przy fabryce w Preston.
Jej zawodniczki nie były jedynie uczestniczkami amatorskich spotkań organizowanych dla niewielkiej publiczności. Przyciągały tłumy.
26 grudnia 1920 roku Dick, Kerr Ladies zmierzyły się ze St. Helens Ladies na stadionie Goodison Park w Liverpoolu. Historyczne szacunki frekwencji różnią się, ale National Football Museum wskazuje, że spotkanie obejrzało co najmniej 46 tysięcy osób. Niektóre relacje prasowe mówiły nawet o 53 tysiącach widzów.
To liczby, które robią wrażenie także dzisiaj. Ważną postacią drużyny była Lily Parr, znana z potężnego uderzenia lewą nogą i niezwykłej skuteczności strzeleckiej.
Wydawało się, że kobiecy futbol ma przed sobą świetlaną przyszłość. Tymczasem w grudniu 1921 roku angielska federacja FA zdecydowała, że jej kluby nie powinny udostępniać swoich boisk kobiecym drużynom.
Oficjalnie argumentowano między innymi, że futbol jest nieodpowiedni dla kobiet. Skutki decyzji okazały się bardzo poważne.
Drużyny nie zostały całkowicie pozbawione możliwości gry, ale utraciły dostęp do wielu ważnych stadionów i związanej z nimi publiczności. Rozwój kobiecej piłki w Anglii został mocno zahamowany na kolejne dekady.
To historia, która nie pasuje do romantycznych opowieści o dawnych, rzekomo lepszych czasach futbolu.
Już sto lat temu piłka była wielkim sportem, ale nie wszyscy mieli w niej równe możliwości.
Jak oglądano mecze bez telewizji i internetu?
Dzisiejszy kibic może śledzić mecz z drugiego końca świata na telefonie. Jeśli ominie go bramka, kilka chwil później obejrzy powtórkę. Wynik, skład i statystyki ma dostępne niemal natychmiast.
W latach 20. sytuacja była znacznie bardziej skomplikowana. Najlepszym sposobem oglądania futbolu pozostawała oczywiście obecność na stadionie. Kibice, którzy nie mogli pojawić się na trybunach, dowiadywali się o przebiegu spotkań między innymi z prasy.
Gazety sportowe odgrywały ogromną rolę. Relacje, wyniki i komentarze były dla wielu osób najważniejszym źródłem informacji o wydarzeniach piłkarskich.
Dopiero rozwijające się radio zaczęło otwierać nowe możliwości.
22 stycznia 1927 roku BBC przeprowadziła pionierską transmisję komentarza na żywo z meczu piłkarskiego ligi angielskiej. Arsenal zremisował na Highbury z Sheffield United 1:1.
Co ciekawe, podczas relacji wykorzystywano specjalny podział boiska na sektory, który pomagał słuchaczom wyobrazić sobie położenie piłki.
Dzisiaj komentator opisujący akcję posługuje się nazwiskami zawodników i charakterystycznymi miejscami na murawie. Wtedy transmisje radiowe dopiero szukały właściwego języka.
Dla kibiców była to prawdziwa nowość. Po raz pierwszy mogli śledzić przebieg spotkania niemal na bieżąco, nie będąc na stadionie.
Na rozwój telewizyjnych transmisji piłkarskich na dużą skalę trzeba było jeszcze poczekać.
Mundial? Sto lat temu jeszcze go nie było
Współczesny futbol trudno wyobrazić sobie bez mistrzostw świata. To wydarzenie, które przyciąga uwagę kibiców nawet w krajach, gdzie na co dzień piłka nożna nie jest najważniejszą dyscypliną.
W 1926 roku mundial jednak jeszcze nie istniał. Reprezentacje rozgrywały spotkania międzypaństwowe, a duże znaczenie dla futbolu miały turnieje olimpijskie. Brakowało natomiast osobnych, regularnych mistrzostw świata organizowanych przez FIFA.
Pierwszy mundial odbył się dopiero w 1930 roku w Urugwaju. Wzięło w nim udział trzynaście reprezentacji, a wszystkie mecze rozegrano w Montevideo. Z Europy przyjechały zaledwie cztery drużyny. Podróż przez Atlantyk była wtedy znacznie większym przedsięwzięciem niż dzisiaj i stanowiła jedną z barier uczestnictwa.
Gospodarze wygrali turniej, pokonując w finale Argentynę 4:2. Dopiero z czasem mundial stał się wydarzeniem o globalnej skali, z rozbudowanymi eliminacjami, transmisjami telewizyjnymi i ogromnymi pieniędzmi. W latach 20. futbol dopiero przygotowywał się do tej epoki.
Czy dzisiejsi piłkarze poradziliby sobie sto lat temu?
To jedno z tych pytań, na które nie da się udzielić uczciwej, jednoznacznej odpowiedzi.
Współczesny zawodnik jest przyzwyczajony do zupełnie innych warunków treningowych. Korzysta z zaawansowanego przygotowania fizycznego, opieki medycznej i sprzętu projektowanego z ogromną dokładnością.
Gdyby nagle musiał grać na nierównej murawie, w ciężkich skórzanych butach i przy innych interpretacjach przepisów, z pewnością potrzebowałby czasu na dostosowanie.
Z drugiej strony piłkarze z lat 20. również byli produktami własnych czasów. Doskonalili umiejętności odpowiednie do ówczesnych wymagań. Znali boiska, sprzęt i styl gry, w którym się wychowywali.
Porównywanie samych zawodników bez uwzględnienia warunków nie ma większego sensu.
Dzisiejszy skrzydłowy mógłby zachwycać szybkością i techniką. Jednak niewykluczone, że po pierwszych kilkunastu minutach na błotnistej murawie zacząłby doceniać wygodę współczesnych korków.
Podobnie dawny zawodnik zapewne byłby zdumiony szybkością gry, pressingiem i liczbą taktycznych szczegółów analizowanych dzisiaj przez sztaby szkoleniowe.
Możemy jedynie przypuszczać, jak wyglądałoby takie spotkanie.
Na pewno byłoby ciekawsze niż większość internetowych sporów o to, czy piłkarze z dawnych dekad poradziliby sobie we współczesnym futbolu.
Futbol sprzed stu lat nie był gorszy. Był po prostu inny
Kiedy oglądamy czarno-białe zdjęcia piłkarzy w długich spodenkach i ciężkich butach, łatwo uznać, że dawny futbol był prymitywną wersją dzisiejszej gry.
To jednak niesprawiedliwy obraz. W latach 20. istniały już wielkie kluby, znakomici zawodnicy i trenerzy szukający nowych rozwiązań. Mecze przyciągały ogromną publiczność, a kibice z podobnym zaangażowaniem jak dzisiaj dyskutowali o formie drużyn i decyzjach sędziów.
Jednocześnie piłka wciąż się zmieniała. Nowe przepisy wymuszały zmiany taktyczne, rozwijał się sprzęt, powstawały ligi, a radio umożliwiało śledzenie spotkań ludziom znajdującym się daleko od stadionów.
Nie był to też świat pozbawiony problemów. Kontuzje mogły mieć poważniejsze konsekwencje dla przebiegu meczu, a decyzje władz piłkarskich potrafiły zahamować rozwój całych grup zawodników, czego przykładem jest historia kobiecego futbolu w Anglii.
Właśnie dlatego warto wracać do tamtej epoki. Nie po to, żeby udowadniać, że kiedyś wszystko było lepsze, ale żeby zobaczyć, ile rzeczy, które dziś uznajemy za oczywiste, musiało dopiero powstać.
Gdyby kibic z 1926 roku usiadł dzisiaj przed telewizorem, zapewne długo zastanawiałby się nad systemem VAR, zmianami zawodników czy sposobem poruszania się drużyn po boisku.
Ale kiedy w ostatniej minucie padłaby zwycięska bramka, prawdopodobnie zareagowałby dokładnie tak samo jak my.